Angelika Kuźniak, Stryjeńska. Diabli nadali
W dzieciństwie zachwycałam się pięknymi góralskimi motywami, które oglądałam w książkach, na pocztówkach i znaczkach. Nie miałam wtedy pojęcia, że ich autorką była Zofia Stryjeńska – jedna z najwybitniejszych i najważniejszych polskich artystek. Wrażliwa i niewrażliwa jednocześnie. Zachwycająca w sztuce, znacznie bardziej skomplikowana w życiu. I to ciągle liczenie pieniędzy, co do grosza.
Kiedy przeprowadziłam się do Warszawy, wielokrotnie spacerowałam po Starym Mieście, mijając polichromie zdobiące kamienice. Dopiero po czasie uświadomiłam sobie, że ich autorką była właśnie Zofia Stryjeńska. Jej twórczość otaczała mnie na co dzień, a ja zupełnie nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Stryjeńska stworzyła ogromną liczbę dzieł malarskich. Warto rozejrzeć się dookoła — być może i Wy codziennie mijacie ślady jej talentu, nawet o tym nie wiedząc. W czasach PRL jej prace były masowo reprodukowane, często bez jej zgody. Prawa autorskie nie miały wówczas większego znaczenia, a artystka nie czerpała z tego należnego jej uznania ani korzyści. Projektowała m.in. dla Wedla. Jej pracę można obejrzeć m.in. w Muzeum Narodowym w Warszawie i Muzeum Narodowym w Krakowie. Osiągają niebotyczne sumy na serwisach aukcyjnych jak DESA. Jej twórczość wpisuje się w estetykę art déco, który od lat zajmuje szczególne miejsce w moim sercu. Przy okazji wystawy Tamary Łempickiej pisałam już, co najbardziej mnie w nim zachwyca – harmonia, dekoracyjność, wyrazista forma i umiejętność łączenia tradycji z nowoczesnością. Być może właśnie dlatego twórczość Stryjeńskiej przemawia do mnie tak mocno. Choć każda z artystek tworzyła na swój sposób, obie pozostawiły po sobie dzieła, obok których trudno przejść obojętnie. Zofia czerpała inspirację z polskiego folkloru, mitologii słowiańskiej, obrzędów i codziennego życia, ale nie kopiowała ludowych motywów.

Sama Stryjeńska pisała, że jej dorobek jest ogromny, rozproszony i częściowo zagubiony. Marzyła o tym, by znalazła się osoba, która zajmie się uporządkowaniem jej spuścizny, kusząc przyszłego badacza „workiem złota i chwałą Narodu”.
Nie wiem, czy Angelika Kuźniak znalazła obiecany przez Stryjeńską „worek złota”, ale na pewno zrobiła coś równie cennego – przywróciła ją wielu czytelnikom. Dzięki tej biografii można odkryć Stryjeńską na nowo – nie tylko jako ikonę polskiej sztuki, lecz także jako kobietę z krwi i kości. Warsztat Angeliki Kuźniak od lat budzi moje uznanie i ta książka tylko to potwierdza. Biografka oparła swoją opowieść na pamiętnikach, listach, wspomnieniach, fotografiach oraz bogatej twórczości Zofii Stryjeńskiej. Z tych rozproszonych fragmentów potrafiła ułożyć spójną, żywą i niezwykle wciągającą historię.
Historię, która zaczyna się na krakowskim Rynku, pośród deszczu i mgły, w zamożnym domu rodzinnym, którego świetność z czasem zaczęła przemijać. Kuźniak otwiera książkę słowami: „Dziwne to…”. Trudno o lepsze motto dla życia Stryjeńskiej. Bo rzeczywiście było ono dziwne – piękne, burzliwe i pełne zaskakujących zwrotów.

To było życie intensywne. Wypełniała je sztuka, podróże, miłości i wielkie sukcesy, ale równie często bieda, samotność i nieustanne zmaganie się z codziennością. Z każdą kolejną stroną coraz wyraźniej widać, jak pełna sprzeczności była Stryjeńska. Z jednej strony niedojrzała i nieporadna w sprawach życia codziennego, z drugiej – niezwykle pracowita, błyskotliwa i bezkompromisowo walcząca o swoją twórczość.
Jako matka wierzę, że nie sposób łatwo oceniać innych matek. Życie Zofii Stryjeńskiej pokazuje, że czasem miłość do dzieci nie wystarcza, gdy brakuje pieniędzy, poczucia bezpieczeństwa i życiowej stabilizacji. Jej dzieci wiele wycierpiały. Trafiały pod opiekę kolejnych członków rodziny, bo ich matka zwyczajnie nie była w stanie zapewnić im domu, jakiego potrzebowały. W Zakopanem łóżeczkami dla bliźniąt stały się nawet szuflady wysunięte z komody. Ten obraz mówi więcej niż wiele stron opisu.
Dramatyczne były także dalsze losy jej dzieci, naznaczone wojną i rodzinnymi tragediami. Kuźniak nie omija tych trudnych tematów. Nie próbuje swojej bohaterki usprawiedliwiać, ale też jej nie osądza. Pokazuje kobietę wybitną, a jednocześnie zagubioną – i właśnie dlatego tak prawdziwą.

Po przeczytaniu tej książki mam raczej poczucie, że nie da się jej zamknąć w prostych kategoriach. Można natomiast z pełnym przekonaniem powiedzieć jedno – to biografia, od której naprawdę trudno się oderwać. A kiedy już przewróci się ostatnią stronę, ma się ochotę jeszcze raz spojrzeć na jej obrazy, wiedząc o ich autorce znacznie więcej niż wcześniej.
Angelika Kuźniak, Stryjeńska diabli nadali, wydawnictwo Czarne.

Chcesz opowiedzieć własną historię w wywiadzie?
Jeśli ta recenzja była dla Ciebie wartościowa,
możesz wesprzeć moją pracę kawą na
Buy Me a Coffee.
